listopada 12, 2018

Życie na hardkorze, czyli jak to jest być mamą dwójki.

Życie na hardkorze, czyli jak to jest być mamą dwójki.


Być mamą dwójki dzieci nie jest łatwo, szczególnie na początku. Jeśli jeszcze dodamy do tego, że różnica między nimi wynosi półtora roku, to zapowiada się prawdziwy hardcore.
Za nami pierwszy miesiąc wspólnego, trochę pokręconego życia we czwórkę. Niby niewiele się zmieniło (bo to przecież tylko jedna, nowa osóbka, nie cała gromadka), jednak tylko ktoś, kto ma już dziecko wie, że nikt nie potrafi tak wywrócić wszystkiego do góry nogami, jak właśnie ten jeden, mały człowieczek.


Pierwsze dni po wyjściu ze szpitala, były jak piękny sen. Po lajtowym porodzie nie byłam ani obolała, ani przemęczona. Ananaska przesypiała większość doby, z krótkimi przerwami na jedzenie i zapełnianie pieluch. Przez ponad tydzień nie dowiedziałam się nawet jak płacze moje dziecko, no poważnie!

Po tym, co przeszliśmy na samym początku z Alą, była to dla nas strasznie miła odmiana. Alcia od pierwszych dni dawała czadu - miała okropne kolki i wówczas przez wiele godzin rozbrzmiewał jej płacz. Nie dało się jej pomóc... Ani noszeniem, ani śpiewaniem, ani ogrzewaniem brzuszka, czy masażami. Potrafiła tak płakać przez pół nocy, a my byliśmy wyczerpani i załamani bezradnością.
Z Anastazją jest już zupełnie inaczej... Owszem, miewa kolki, ale wystarczy chwilę ją ponosić i poprzytulać, by problem zniknął.

Sielanka trwała przez pierwsze dwa tygodnie. Później Adam musiał wrócić do pracy (no cóż, kiedyś musiał nadejść ten moment). Przyzwyczajona do tego, że mąż ciągle był ze mną, nagle poczułam się, jakby ktoś wrzucił mnie na środek jeziora, chociaż nie umiałam pływać. Dotychczas, codziennie dzieliliśmy się obowiązkami (i dziećmi). Kiedy rano wstawaliśmy, on szedł robić śniadanie starszej córce, ja karmiłam młodszą. Potem on przewijał i przebierał jedną, ja drugą. Kiedy on robił obiad, ja zajmowałam się dziećmi, kiedy ja sprzątałam, on się z nimi bawił... Dzięki temu prawie nie odczuwałam różnicy, bo mimo, iż obowiązków przybyło, były rozłożone na nas dwóch, nie tylko na mnie. Teraz musiałam na nowo rozplanować sobie dzień...


Dotychczas, mając jedno dziecko, korzystałam ile wlezie z jego drzemki. Gdy Ala zasypiała koło południa, ja miałam czas, by wziąć prysznic, zrobić mejkap i przygotować obiad, dzięki czemu większość dnia mogłam poświęcać właśnie jej.
Nagle wszystko się zmieniło. Rano, gdy się obudziłam, a męża nie było już w domu, trochę spanikowałam.

Właśnie zaczęłam karmić Nastkę, gdy obudziła się Ala i głośnym płaczem domagała się wyciągnięcia jej z łóżeczka. Miałam teraz dwójkę wygłodniałych dzieci i nie wiedziałam, co zrobić... Czy przerwać karmienie małej i pójść przygotować śniadanie starszej, pozostawiając płaczącego z głodu noworodka "na pastwę losu", czy może jednak zignorować przez chwilę zapłakaną Alę, by w spokoju nakarmić maleństwo?

Będąc mamą dzieci rok po roku, trzeba nastawić się na wiele wyborów. 

Nie da się być sprawiedliwym. Na początku zawsze któreś z dzieci będzie poszkodowane. Trzeba się z tym pogodzić i starać się jak najbardziej im to wynagradzać, ale nie da się tego ominąć. Gdy dwójka dzieci nagle zaczyna naraz płakać, Ty stoisz pomiędzy nimi i zastanawiasz się, które bardziej Cię teraz potrzebuje.

 Kiedy karmię małą, to logiczne, że nie odrywam jej od piersi co 5 sekund, tylko dlatego, że starsze dziecko nie radzi sobie np. z budowaniem z klocków. Wydawać by się mogło, że przecież to tylko klocki, więc czym ja się przejmuję? Kiedy jednak pomyślę sobie, że dla mnie to "tylko klocki", a dla niej jest to coś bardzo ważnego, w czym potrzebuje pomocy, której w tej chwili nie jestem jej w stanie udzielić, to robi mi się naprawdę przykro i zaczynam żałować, że jednak nie umiem się rozdwoić...

Poza tym, nie jest źle, chociaż trzeba mieć oczy dookoła głowy... i nad głową. I w ogóle to wszędzie trzeba je mieć, bo wystarczy chwila nieuwagi... gdy na przykład odchodzisz na krok, bo zapomniałaś oliwki, ale jest dosłownie półtora metra dalej, na komodzie. No i robisz ten krok i gdy się odwracasz, widzisz jak starsze dziecko biegnie z wyciągniętymi rączkami w stronę leżącego beztrosko na kanapie noworodka. 
Tak więc, nauczona doświadczeniem, nawet na sekundę nie zostawiam Nastki ani na łóżku, ani na macie, ani w foteliku! Jeśli wstaję od niej, choćby na chwilę, to wolę wziąć ją na ręce i mieć pewność, że jest bezpieczna. 

Strasznie się cieszę, że kupiliśmy fotel do karmienia, bo dziwnym przypadkiem, zawsze gdy siadałam na kanapie, czy łóżku, by nakarmić małą, to Ala akurat wtedy musiała się na mnie wspinać, kłaść i przytulać. Biegała po łóżku, chwiejąc się, przez co co chwilę uciekałam spanikowana, że mogłaby się przewrócić i przypadkiem uderzyć Anastazję w główkę... Odkąd wstawiliśmy fotel, problem został zażegnany, a Ala jedynie kładzie głowę na moje kolana. 

Starsze dziecko potrzebuje jeszcze więcej uwagi niż przedtem.

To, że dziecko nie okazuje zazdrości, nie oznacza, że wcale zazdrosne nie jest. Nie musi być agresywne i niechętne wobec nowego członka rodziny, żeby okazać swoje niezadowolenie z nowej sytuacji. Na szczęście, Ala nie robi siostrze krzywdy, nie bije jej ani nie złości się, gdy się nią zajmuję. Wręcz przeciwnie - potrafi podejść i sama, bez naszego zachęcania pogłaskać ją czy dać jej buzi. Gdy przebieram jej pieluszkę, stoi blisko i przygląda się z zaciekawieniem. Na początku podbierała jej smoczek, teraz gdy tylko go znajdzie, od razu przynosi i mi go oddaje. Jej zazdrość objawia się w zupełnie inny sposób i na początku wcale jej z tym nie wiązałam. 
Stała się bardzo nerwowa i zaczęła głośno egzekwować swoje potrzeby - jeśli czegoś chce, musi to mieć natychmiast, jeśli nie, to obraża się na cały świat i płacze, kładąc się na podłodze. Staramy się ze spokojem tłumaczyć jej, że czasem musi na coś poczekać i, że np. nic nie zrobię z tym, że woda gotuje się tak długo... 
Uczymy ją cierpliwości, ale myślę, że tak właśnie próbuje zwrócić naszą uwagę, bo chciałaby, byśmy jak dawniej byli na jej zawołanie, na wyłączność.
 


Szczerze mówiąc, mimo iż mam dwa razy mniej czasu dla siebie, a w zamian dwa razy więcej roboty, to cieszę się, że zdecydowałam się tak szybko na drugie dziecko. Podejrzewam, że gdyby Ala była starsza, bardziej rozumiałaby całą sytuację i trudniej byłoby jej zaakceptować nowy stan rzeczy. Trzymam kciuki, że będzie jak najlepiej albo przynajmniej, że nie będzie gorzej! Mam nadzieję, że gdy dziewczyny podrosną, to będą nie tylko siostrami, ale i najlepszymi przyjaciółkami. ❤

Dajcie znać, jak jest u Was - macie jedno dziecko, czy więcej? Jak starsze dzieci reagowały na młodsze rodzeństwo?

października 04, 2018

Z Dziennika Ciężarnej - Podsumowanie siódmego i ósmego miesiąca ciąży

Z Dziennika Ciężarnej - Podsumowanie siódmego i ósmego miesiąca ciąży


7 i 8 miesiąc ciąży postanowiłam opisać w jednym wpisie, ponieważ tak, jak siódmy wycisnął ze mnie ostatnie siły, tak ósmy obył się bez większych rewelacji i minął naprawdę spokojnie.

Ostatni trymestr zdaje się ciągnąć bez końca. Niby już tak blisko rozwiązania, ale jednak wciąż tak daleko. Dobrze, że Alcia potrzebuje tyle uwagi, bo inaczej, mając dwa razy więcej wolnego czasu, dni dłużyłyby mi się jeszcze bardziej...

Najważniejsze to przestać skreślać codziennie okienka w kalendarzu, bo myśląc o tym mam wrażenie, jakby ten dzień miał nie nadejść. 
7 miesiąc obfitował we wrażenia. Po urlopie, pełni pozytywnej energii wróciliśmy do naszej codzienności, a nasze zregenerowane siły miały się już wkrótce przydać...

Wszystko zaczęło się pewnej sierpniowej niedzieli. Zostaliśmy zaproszeni na rodzinną uroczystość, jaką były chrzciny najmłodszego (póki co) członka rodziny. Pogoda dopisywała i nikt nie podejrzewał, jaki finał został dla nas zaplanowany. 
Po mszy świętej wszyscy udaliśmy się do restauracji na obiad. Wiecie, jak to jest, gdy stawiają Wam pod nosem te wszystkie pyszne przysmaki, a unoszący się dookoła aromat sprawia, że cieknie Wam ślinka? No właśnie. 
Alcia zdążyła już porządnie zgłodnieć, a że apetyt ma, i to niemały, zaczęła głośno domagać się posiłku. Z przejęciem i ze smakiem wpałaszowała całkiem sporą porcję obiadu, wciąż wyciągając rączkę po kolejne smakołyki. Ja też, nie jedząc nic prócz skromnego śniadania poczułam się głodna, więc dotrzymując Ali kroku zajadałam się do syta. Nie przemyślałam, tego, że przecież za chwilę podadzą kawę i ciasto, któremu również ciężko było się oprzeć. Jako, że brzucho bywał już wtedy nieco upierdliwy i zdawał się ugniatać mój żołądek, ograniczając jego pojemność, szybko pożałowałam swojego łakomstwa i ostatniego, zjedzonego kawałka ciasta, które jak mi się zdawało, miało chęć by się wydostać... 

Dałam więc za wygraną i z żalem odwróciłam wzrok od genialnego ciasta porzeczkowego z nutellą. Ala zaś, spędziwszy znaczną część uroczystości w restauracyjnym krzesełku do karmienia zapragnęła nagle wolności. W drugiej części lokalu był mały kącik dla dzieci, gdzie były zabawki, co strasznie ucieszyło małą, bo ileż można siedzieć grzecznie przy stole?
Adaś poszedł się z nią tam pobawić, a ja wzdychałam z obżarstwa przy stole, czując okropne mdłości. Wiedziałam, że długo już tak nie wysiedzę, więc dyskretnie dałam znać mężowi, że najchętniej poszłabym już do domu, bo nie czuję się zbyt dobrze. On rozumiejąc, co mam na myśli, obiecał, że jak tylko dopije kawę, to wrócimy. 
Nie zdążył. Ni stąd, ni zowąd Ala zaczęła wymiotować. W pierwszym odruchu zrobiło mi się głupio - środek restauracji, ludzie a dziecko wymiotuje. Jednak to tylko dziecko, nawet nie miała jak nam zasygnalizować, że źle się czuje. Byłam przekonana, że po prostu płaci teraz za swoje łakomstwo, zjadając więcej, niż była w stanie. Nie minęło 5 minut i znów to samo. Nie czekając pognaliśmy do domu. Po drodze kolejny raz. Wiedziałam już co się święci... Kilka dni wcześniej, jedno z dzieci, z którymi mieliśmy kontakt pochorowało się na "jelitówkę"...

W domu nie było lepiej, w dodatku i mnie dopadło. Koniec końców, mąż widząc nasz pogarszający się z minuty na minutę stan zadzwonił na pogotowie. Karetka zawiozła nas do szpitala. Ja wylądowałam w izolatce na położniczym, mała na pediatrii. Co się okazało? 

Rotawirus.  

Przez 3 dni dzieliło nas piętro, ale nie mogłyśmy się zobaczyć. Obie mocno odwodnione, dostawałyśmy kroplówki, jedna za drugą. 
KTG, USG na szczęście prawidłowe, znaczy z Ananaską wszystko w porządku. Chociaż o tyle dobrze...

Po wyjściu ze szpitala długo jeszcze nie miałam ochoty jeść, a ukochane porzeczkowe ciasto do dziś budzi we mnie odrazę, mimo, iż to nie ono było winowajcą...

Na szczęście 8 miesiąc minął bez podobnych rewelacji, wręcz przeciwnie, nic mi nie doskwierało, nic nie bolało, Ala wyczerpawszy swoje siły na chorowanie i pobyt w szpitalu też nie dawała do wiwatu. Miałam czas na lenistwo, odpoczynek, regenerację i trochę czasu na zadbanie o siebie. Nadal jednak myśli nie przybliżały mnie do porodu, a pranie i prasowanie noworodkowych ubranek jakoś nie szło w parze z moimi chęciami. 

Przedostatni miesiąc postanowiliśmy uwiecznić na sesji zdjęciowej. Takie zdjęcia to wspaniała pamiątka. Robiliśmy je już w pierwszej ciąży, więc i tym razem nie mogło ich zabraknąć. 8 miesiąc ciąży to już ostatni moment, na sesję, bo nigdy nie wiadomo, czy maluch nie zechce zrobić rodzicom niespodzianki kilka tygodni wcześniej. Nie ma więc sensu odkładać tego na sam koniec, bo nagle może się okazać, że już za późno... Przyznam szczerze, że tego dnia czułam się jak bogini...




 Trafiła nam się piękna pora na zdjęcia - niby już jesień, niby jeszcze lato... Ale jedno jest pewne - bez genialnego fotografa, nie powstałyby tak genialne zdjęcia! Kolejny raz stanęła na wysokości zadania. Donia z Donia Szugier Foto potrafi wyczarować naprawdę klimatyczne ujęcia, zobaczcie koniecznie!


sierpnia 03, 2018

Z Dziennika Ciężarnej - Podsumowanie szóstego miesiąca ciąży

Z Dziennika Ciężarnej - Podsumowanie szóstego miesiąca ciąży

No i kolejny miesiąc za nami. Pożegnałyśmy już szósty miesiąc, a III trymestr przywitał mnie zgagą i bólami w plecach - czyli jednym słowem... nie zaczęło się zbyt kolorowo.
Brzucho nagle zrobił się... spory, powiedziałabym nawet OGROMNY, ale nie, jeszcze nie, bo wiem, że wkrótce będzie jeszcze większy (choć wydaje się to niemożliwe).

Zaczyna być coraz trudniej - tak, jak drugi trymestr pozwolił cieszyć się tym czasem oczekiwania, tak trzeci próbuje skopać mi tyłek. Idzie mu to na tyle dobrze, że pomimo 8 godzin snu budzę się zmęczona a zwleczenie się wcześniej z łóżka niemalże graniczy z cudem (dobrze, że na pobranie krwi chodzi się tylko "raz na jakiś czas", bo wiecznie wyglądałabym jak ZOMBIE) :(

Ciążowych "kształtów" nie da się już ukryć, tak samo, jak nie da się schylić z gracją baletnicy po klucze, które upadły na ulicy...
Garderoba robi się coraz bardziej ograniczona, bo brzucho w niewiele już pozwala się upchnąć... Jedyna zaleta jego gabarytów jest taka, że nikt nie zauważy, kiedy czasami zjem... więcej niż powinnam. Z tym jedzeniem to też jest taki paradoks, że ciągle ma się na coś ochotę, tylko ciężko w siebie to wszystko wepchnąć, gdy większą część miejsca w brzuchu zajmuje mały lokator.

Chwilami bywa ciężko, tym bardziej ze względu na ataki duszności i trudności z oddychaniem. Do tego ta afrykańska pogoda... Serio, nie muszę jechać w tropiki, bo tropikalny upał to ja mam we własnym mieszkaniu, zresztą nie tylko, bo i palma się znajdzie (choć niewielka, to jednak!), a zamiast basenu - miska z zimną wodą, która przynosi ukojenie moim opuchniętym stopom. Jak się z tą palmą i miską przeniosę na balkon, do tego zimna lemoniada, prażące słoneczko... to po co mi jakieś wakacje w ciepłych krajach, pytam? ;)

Teraz naprawdę odliczam dni do porodu. Powiem Wam szczerze, że oddałabym wszystko, żeby tak temperatura na zewnątrz spadła do 20 stopni... Wtedy funkcjonowałabym zupełnie inaczej, wręcz wróciłabym do życia. Niestety przy obecnych upałach nieraz boję się wyjść z domu na dłuższy spacer.

Przy okazji - pamiętajcie, by zawsze mieć przy sobie butelkę wody i wypijać odpowiednie jej ilości!
A Wy, ciężarne, kontrolujcie swoje ciśnienie, bo w taką pogodę daje się ono we znaki!

Moje ciśnienie jest ostatnio dość zawyżone, co objawia się u mnie przewlekłym zmęczeniem, ostrymi bólami głowy i oczu, osłabieniem. Na najbliższej wizycie muszę poruszyć ten temat z moją lekarką - wiem, że nadciśnienia nie można lekceważyć, bo może być bardzo niebezpieczne zarówno dla dziecka, jak i dla matki.

Jesteśmy teraz na etapie tworzenia listy potrzebnych rzeczy dla noworodka, którą na pewno niedługo zamieszczę w odrębnym wpisie :) Pokażę Wam w nim wszystko, czego nie może zabraknąć w wyprawce dla dziecka. Ale o tym kiedy indziej :)

Teraz jest również najlepszy moment na wykonanie ciążowej sesji zdjęciowej. W siódmym miesiącu brzuszek jest już ładnie zaokrąglony, więc warto uwiecznić go na zdjęciach. Nie ma sensu odkładać tego na końcówkę ciąży, bo nagle może okazać się... za późno.

Miałam w planach przed porodem odpoczywać i wysypiać się, ale o ile z tym odpoczywaniem jakoś mi się udaje, tak ze snem nie jest zbyt ciekawie :(
W nocy jest mi tak duszno, że budzę się i już nie mogę zasnąć... Przewracam się z boku, na bok, ale nie mogę znaleźć sobie miejsca w łóżku. Każda pozycja po chwili robi się niewygodna, a rano jestem cała obolała...

Coś czuję, że nasza druga córeczka będzie zupełnie różnić się od Alicji charakterem i temperamentem - Alcia to żywe srebro i już za życia płodowego objawiało się to niezliczoną ilością kopniaków z całkiem sporą siłą. Druga Pyzia kopie dużo słabiej i z mniejszą częstotliwością. Raz nawet napędziła nam niezłego stracha... przez dobę praktycznie nie dawała o sobie znać, ale USG nie wykazało żadnych nieprawidłowości i lekarz zapewnił nas, że wszystko z nią dobrze. Czasami zapominam, że ona "tam" jest, bo siedzi sobie cichutko i najwyraźniej przez większość czasu śpi :)
Może faktycznie uda nam się przy niej odetchnąć, bo wierzcie mi, Alka potrafi nas wykończyć :)

Dobra, co słychać u mnie już wiecie, a co u Pyzi? W 28 tygodniu ważyła już około 1kg i miała niecałe 40cm! Od tego czasu jej oczka są już ukształtowane i powoli zaczynają się otwierać. Podobno już teraz dziecko zaczyna śnić! Ciekawe o czym? ;)

Mimo, iż momentami mam dość bycia w dwupaku, to staram się cieszyć tym stanem, bo dużo mi już nie zostało, a potem, między nocnymi pobudkami, karmieniem piersią i bujaniem, z pewnością zatęsknię za tymi kopniaczkami i okrągłym brzuszkiem...



lipca 18, 2018

Planowanie płci dziecka - Czy to możliwe?

Planowanie płci dziecka - Czy to możliwe?


"Nie ważne jakiej płci będzie dziecko, ważne, że będzie zdrowe" - takie stwierdzenie pada podczas każdej debaty na temat przyszłego członka rodziny. Fakt, zdrowie naszego maluszka jest na pierwszym miejscu, ale każdy rodzic bardziej składnia się ku jednej z opcji.

Początek ciąży zawsze jest wielkim szokiem - bez różnicy, czy ciąża była planowana, czy nie. Rodzice nagle zdają sobie sprawę, że klamka zapadła i nie ma już odwrotu, a całe dotychczasowe życie już wkrótce się zmieni. W głowie zaczynają pojawiać się pytania i wątpliwości: Czy będę dobrym rodzicem? Czy poradzę sobie z taką małą, kruchą, bezbronną istotą? Jak będzie wyglądało nasze wspólne życie? A co jeśli nie będę widział/a co zrobić, gdy zacznie płakać?

Obawy i lęk przed nieznanym są nieuniknione, nawet, jeśli to nie pierwsze dziecko, bo z każdym kolejnym wypływamy na nieznane wody. Nigdy nie wiemy jak starsze dzieci zareagują na nowego członka rodziny, ani czy wraz z noworodkiem nie przyjdzie nam zmierzyć się z czymś, czego dotychczas nie przechodziliśmy z poprzednimi dziećmi. Macierzyństwo to taki bezkresny ocean nowych doświadczeń...

Ciąża nie należy do łatwych przeżyć (wiem co mówię!). Obawy o zdrowie rozwijającego się maluszka i o donoszenie ciąży wcale tego czasu nie ułatwiają. Przyszli rodzice, aby umilić sobie ten pełen niepewności okres dziewięciu miesięcy, zatapiają się w fantazji planując każdy najmniejszy drobiazg, nawet płeć dziecka.

Dopóki tożsamość maluszka pozostaje zagadką, przyszli rodzice prześcigają się w domysłach.
  
"Na pewno będzie chłopiec, bo twój brzuszek robi się spiczasty."
"Jestem pewna, że to dziewczynka, bo ciągle mam ochotę na słodkie."
"Jak nic będzie synek, bo wyglądasz kwitnąco."
"Ciągle mam zgagę, więc to musi być córcia, w dodatku z bujną czupryną!"

Kobieta najczęściej marzy o córeczce. Oczami wyobraźni już widzi te wszystkie urocze sukienki, falbanki i kokardki. Idąc przez miasto wzdycha, widząc na wystawie słodki komplet "mama i córka" - dwie identyczne sukienki, tylko jedna z nich jest w miniaturowej wersji.
Spędza godziny w internecie, przeglądając inspiracje wnętrzarskie na pokoik dla dziewczynki, taki, o jakim niegdyś sama śniła. Koniecznie muszą się w nim znaleźć białe mebelki i ażurowe dodatki, pastelowo różowa pościel i baldachim nad łóżeczkiem. Nie może zabraknąć stylowych, różowych poduszeczek... A tam, obok tej komody, za jakiś czas, gdy mała już podrośnie, postawi zabawkową kuchnię marzeń. Wiecie, taką z miniaturową zastawą, plastikowym jedzeniem, łudząco przypominającym prawdziwe. Ach, no tak, musi być też stoliczek, przy którym córeczka będzie mogła pić z mamą niby-kawę. O, i wielki domek dla lalek, Barbie... Przecież sama jako dziewczynka chciała taki mieć, więc jej córka na pewno taki dostanie! I karetę, przecież każda mała księżniczka o niej marzy! Albo nie, teraz modne są samochody Porshe, więc będzie miała taki dla swojej Barbie.

Mężczyzna jest nieco bardziej praktyczny - daleko mu do różowości i lalek Barbie, tiulu, kokardek i picia udawanej kawy w różowych mini-filiżankach. Zatem facet pragnie kompana do swoich męskich uciech - żeby w przyszłości pograł z nim w piłkę, oglądał mecze, grał na konsoli i w wolnym czasie siedział z nim w garażu, ucząc się naprawiać samochód.

To nie tak, że jeśli urodzi się synek, to mama nie będzie go kochać, a jeśli córeczka, to tata się obrazi, choć i tak nieraz bywa. Będą kochać, i to nad życie, bez względu na płeć, kolor włosów, czy oczu. Będą kochać, bo to ich dziecko, ale jednak każdy ma jakąś taką drobną nadzieję. Jedni marzą o synku, inni o parce, jeszcze inni o bliźniakach, albo o trzech córeczkach. Każdy z nas ma jakiś wymarzony model rodziny i nic w tym złego :)

Mnie zawsze marzyły się dwie córeczki i to w niedużym odstępie czasu - najlepiej rok po roku, ewentualnie 2 lata różnicy. Jakoś nie wyobrażałam sobie urodzić synka, choć napewno, gdyby trafił się chłopiec to i tak byłabym szczęśliwa i wiedziałabym co i jak, ale kurczę no... Mam cholerną słabość do dziewczynek. Tak jak opisana wyżej kobieta, zawsze wyobrażałam sobie siebie z córką, więc po prostu musiałam mieć przynajmniej jedną. Poza tym, sama mam siostrę i, choć różnie między nami bywało (jak to zawsze jest z rodzeństwem) to nie zamieniłabym jej na brata. Myślicie, że brat bawiłby się ze mną lalkami? Że oglądałby ze mną te same bajki? Pożyczał czasem swoje kolczyki? NOŁ ŁEJ! Tylko babka zrozumie tak dobrze drugą babkę i to już od najmłodszych lat!


Chcąc podarować Alci siostrę zaczęłam z ciekawości czytać na temat planowania płci dziecka. Podchodziłam do tego sceptycznie, bo wiadomo, że wszystko zależy od losu i tego, który plemniczek wygra wyścig do komórki jajowej, ale... Ale może jednak coś w tym jest i trafi nam się druga dziewczynka?

W ten oto sposób znalazłam dwie metody - pierwsza, jest nieco bardziej racjonalna. Wg. tej teorii wszystko zależy od momentu stosunku. Jeśli odbędzie się w dzień owulacji, to największa szansa, że będzie chłopiec, ponieważ plemniki męskie są szybsze i zwinniejsze. Jeśli zaś stosunek nastąpi na ok. 3 dni przed owulacją, wówczas wzrasta szansa na dziewczynkę, ponieważ żeńskie plemniki, mimo iż są wolniejsze, to są w stanie przeżyć dłużej, więc duże prawdopodobieństwo, że podczas wyścigu męskie plemniki zginą, pozwalając wygrać żeńskim.
Jakoś nie po drodze było mi liczyć dni do owulacji i starać się "na siłę" , bo w te dni można a w tamte nie.

O ile ten sposób wydaje się być bardzo naukowo i logicznie wyjaśniony,. tak drugi wydaje się być niczym z średniowiecza. Mowa o kalendarzu chińskim. Chińczycy wierzyli, że wiek kobiety, oraz miesiąc zapłodnienia ma ścisły związek z płcią dziecka. O co dokładnie chodzi?
Już wyjaśniam :)

Różowe pola to szansa na dziewczynkę, niebieskie na chłopca. Jednak niech Was nie zmyli podany w lewej kolumnie wiek! Wg. kalendarza chińskiego miesiąc ma 28 dni - nie mniej i nie więcej. Zatem wszystko trochę się przesuwa... Podczas ciąży z Alcią z tabelki wychodzi tak:
  • Przybliżona data zapłodnienia - ok. 9.08.2016
  • Moja data urodzenia - 10.02.1996
Patrząc w tabelkę, wychodzi na to, że powinnam mieć chłopca, ale zaraz, zaraz... Wg. kalendarza chińskiego, w tamtym momencie miałam nie 20, a 21 lat! Czyli sierpień, wiek 21, i co? Mamy dziewczynkę!

Najłatwiej obliczyć to ⇨TUTAJ
Po prostu wpisujecie przybliżoną datę owulacji (ok. 14 dni po pierwszym dniu ostatniej miesiączki) i swoją datę urodzenia. Kalkulator oblicza Wam, który miesiąc wypada od daty urodzenia.

Ta metoda mimo swej dziwnej absurdalności jakoś bardziej do mnie przemawiała i... postanowiłam na luzie, bez spiny wypróbować :) O dziwo przy pierwszym dziecku kalendarz się nie pomylił... wskazał, że będzie dziewczynka i mamy Alicję! Teraz, przy drugiej ciąży pokazuje mi dokładnie to sami, i co? 3 lekarzy potwierdziło z USG, że będzie córeczka :D
Nie do końca wierzę, że to pewna i 100% -owa metoda na zaplanowanie płci, ale może coś w tym jest?

Bez względu na to, czy uda się zaplanować płeć, czy nie, ważne byśmy kochali swoje dzieci! A tak naprawdę... co to za różnica, chłopiec, czy dziewczynka? Miłość pozostaje niezmienna! I co najważniejsze - i syn, i córka będą nas kochać tak samo!


lipca 14, 2018

Pielęgnacja włosów

Pielęgnacja włosów

Kiedyś nie przywiązywałam aż takiej wagi do kwestii pielęgnacji włosów, raczej wręcz przeciwnie, zapewniałam im prawdziwy trening wytrzymałości - mycie co drugi dzień, suszenie, prostownica prawie przyrosła mi do ręki, bo wciąż je prostowałam, a w dodatku lubiłam eksperymentować z kolorem, więc obowiązkowo farbowanie minimum raz w miesiącu. Po tych wszystkich "zabiegach" moje włosy wołały o pomstę do nieba. Końcówki były porozdwajane, włosy przesuszone, przez co puszyły się i łamały.
Wtedy o pielęgnacji nie wiedziałam zbyt wiele, myślałam, że nakładanie odżywki wystarczy, by poprawić ich stan, ale dalej traktowałam je gorącym powietrzem z suszarki i prostowałam, klnąc na producentów, że ich produkty nie spełniają swojej roli i wcale nie poprawiają kondycji moich włosów.

Dziś w tej kwestii jestem o wiele bardziej obeznana i lepiej rozumiem już, co robić, by naprawdę im pomóc, a nie zaszkodzić.

Pierwszą rzeczą, jaka była konieczna w ich regeneracji to obcięcie zniszczonych końcówek. Niestety regularne obcinanie końcówek, wbrew powszechnemu stwierdzeniu, nie przyspiesza ich wzrostu. Czynność ta pomaga jedynie zapobiegać dalszym uszkodzeniom włosa. Rozdwojone końcówki łamią się i kruszą, przez co włosy tracą na długości. Najrozsądniej jest je obciąć, a nastepnie zapobiegać ponownemu przesuszeniu i rozdwajaniu.

Drugim krokiem była rezygnacja z prostownicy, lokówki i suszarki. Niestety te urządzenia, choć pomagają nam okiełznać nieposłuszną często fryzurę, naszym włosom jedynie szkodzą. Traktowanie ich wysoką temperaturą jest dla nich niczym tortury... tak więc, jeśli marzysz o mocnych, zdrowych włosach, możesz zapomnieć o codziennym prostowaniu i suszeniu ich. Jeśli już koniecznie musisz użyć prostownicy to pamiętaj, żeby przedtem spryskać je sprayem chroniącym przed wysoką temperaturą.

Oprócz tego, zapamietaj "częste mycie skraca życie... włosów" :) Zatem, im rzadziej, tym lepiej. Najlepiej higienę włosów ogranicz do mycia ich średnio co 3-4 dni. Robienie tego codziennie może zapobiega przetłuszczaniu, ale niestety, wspomaga przesuszanie końcówek.

Farbowanie też nie najlepiej wpływa na włosy, choć nie mówię, że musisz z niego całkowicie zrezygnować. Farbuj włosy na jaki kolor chcesz, ale staraj się robić to tak często, jak to konieczne. Najlepiej by okres między koloryzacjami wynosił nie mniej niż 6 tygodni.

Włosy ścięłam po pierwszej komunii. Wówczas sięgały pasa a mnie męczyło mycie ich i czesanie, i marzyłam, by były krótsze. Mama nie pozwalała ich obciąć, ostrzegając, że będę żałować, ale jej nie posłuchałam... w końcu zgodziła się, ze zetniemy je po przyjęciu. Na początku czułam się super - mycie, suszenie, czesanie nareszcie zajmowało dosłownie chwilę. Eksperymentowałam z fryzurą ale w pewnym momencie zatęskniłam za pięknym, długim warkoczem... chciałam  zapuścić włosy ale miałam wrażenie, ze wcale nie rosną. Przez te wszystkie lata, nie były jeszcze tak długie, jak teraz. Odkąd o nie dbam, końcówki nie są zniszczone i nie łamią się, a włosy w 8 miesięcy podwoiły swoją długość.

Nie używam żadnych spektakularnych kosmetyków, a raczej to co ogólnie dostępne jest w każdej drogerii. Oto produkty, których używam na co dzień ;)


Najczęściej używam szamponu L'Oreal - Magiczna Moc Glinki, ponieważ nie zawiera silikonów, dzięki czemu nie szkodzi włosom i delikatnie je myje. Są po nim lekkie i nawilżone.


Duetem, po który również uwielbiam sięgać jest szampon i ekspresowa odżywka do włosów w sprayu GLISS KUR - Fiber Therapy od Skwarzkopf. Muszę przyznać, że szampon dobrze odżywia włosy, jednak przy częstym używaniu zdaje się wpływać na szybsze przetłuszczanie i lekko je obciąża. Odżywka natomiast... ideał <3 Stosuję ją na mokre włosy, zaraz po umyciu. Sprawia, że są wygładzone, nie puszą się i wyglądają na odżywione. Oprócz świetnego działania kocham ją również za zapach! Jest cudowny, luksusowy, włosy pachną niczym po wizycie u fryzjera. Kiedy spryskam nią włosy, mąż za każdym razem chodzi za mną, pytając jakich perfum użyłam ;)


Jakiś czas temu będąc w Rossmanie zdecydowałam się wypróbować produkty zachwalane i reklamowane przez Maffashion. Pierwsze co mogę powiedzieć o szamponie AUSSIE Miracle Moist to uroczy, słodki zapach... gumy balonowej :)
Drugą zaletą jest to, że dobrze się pieni i pozostawia włosy nawilżone, lekkie i miękkie. Odżywka pomaga dodatkowo je poskromić.


Spray do prostowania włosów Advance Techniques do AVON używam tylko wtedy, gdy chcę podtrzymać na dłużej efekt po użyciu prostownicy. Natura obdarzyła mnie włosami trudnymi do stylizowania, a po wyprostowaniu ich często wracały do swojego pierwotnego wyglądu delikatnych loków i fal. Dzięki tej mgiełce włosy na dłużej pozostają proste, mimo wszystko używam jej bardzo rzadko, bo mocno obciąża i przetłuszcza.
Olejek nawilżający również spełnia swoją rolę i daje natychmiastowy efekt.


Gdy chcę naprawdę odżywić i nawilżyć moje włosy używam maski do włosów NOVEX Argan Oil. To moje odkrycie roku, jeśli chodzi o pielęgnację włosów. Trafiła do mnie w pudełku ShinyBox, które kiedyś zamówiłam. Początkowo stanęła na półce czekając na swoją szansę, jednak, gdy pierwszy raz jej użyłam... to poczułam do niej miętę! ;) 
Maskę NOVEX pokochała również moja mama, która po rozjaśnianiu miała bardzo przesuszone i zniszczone włosy. Kiedy któregoś razu jej użyła, była zaskoczona jej efektem i właśnie zamówiła ją dla siebie. Cena nie jest wysoka - ok. 25zł za 400g, więc naprawdę warto ją wypróbować!

Przywiązujecie wagę do pielęgnacji włosów, czy zupełnie nie zaprzątacie sobie tym głowy? Może macie jakieś produkty godne polecenia? Chętnie wypróbuję kolejne nowości! :)

lipca 03, 2018

Z Dziennika Ciężarnej - podsumowanie piątego miesiąca ciąży

Z Dziennika Ciężarnej - podsumowanie piątego miesiąca ciąży
Czas leci jak szalony! Dopiero sobie uświadomiłam, że piąty miesiąc minął dobrych kilka dni temu a rozpoczał się już  szósty. SZÓSTY!

Brzucho jest już okrąglutki i powoli zaczyna być odczuwalny. Waga mozolnie ruszyła do przodu, czyli chyba jednak nie jest zepsuta :) Wierzcie, serio zastanawiałam się, czy ona jeszcze działa, bo cały czas pokazywała tą samą ilość kilogramów. Kurczę, wszystko jednak wskazuje na to, że niestety mówi prawdę...

Pocieszające jest to, że w zwiększaniu masy ciała nie jestem jedyna! Kroku dotrzymuje mi mieszkaniec mojego brzucha - waży już 800g! Patrząc na to, w jakim tempie rośnie - idzie mu lepiej niż mnie:)


No dobra, nie jemu a JEJ! W piątym miesiącu udało nam się ustalić tożsamość tego malutkiego ludka - bedzie druga córa! Oj biedny ten mój mąż, w tej kobiecej krainie różem i słodyczą płynącej! Ale, ale! Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło! Jedno jest pewne - uodporni się chłopak na wszelkie różowości!

Dzidziuś rośnie jak na drożdżach i, oprócz dość już sporej wagi, ma już ponad 30cm i dużo siły na brzuszkowe szaleństwa. Dużo się wierci i daje o sobie znać. Coraz częściej ma też zachcianki (no bo przecież to zachcianki dziecka, nie moje) :D
Po prostu kiedy moje dziecko zamawia np. pączka to po prostu musi go dostać, a że jedyna droga dostawy biegnie przez moje usta? No cóż...
A co jeśli nie spełnię jej zachcianek? Córka już teraz jest uparta i funduje mi... karę!

"Co?! Nie ma pączusia?! Ach tak?! To masz zgagę, niestrawności, nudności! Nie ma pączka, to proszę bardzo!"

Jak widać młoda nie da sobie w kaszę dmuchać, więc... nie mam wyjścia i muszę realizować brzuszkowe zamówienia ;)

Powoli zaczynamy szykować się na przyjście maluszka. Zaczynam przygotować listę wyprawkową i, choć dużo rzeczy mam po Alci, coś czuję, że nadal bedzie tego sporo.
O naszych wyprawkowych must have opowiem w osobnym wpisie, bo teraz zagadałabym Was na śmierć!


W piątym miesiącu lekarz prowadzący powinien wystawić skierowanie na badanie tzw. krzywej c.
Badanie to polega na trzykrotnym pobraniu krwi u ciężarnej - raz na czczo, drugi po godzinie od wypicia przez nią glukozy i trzeci po dwóch godzinach.
Przez te dwie godziny ciężarna musi siedzieć w laboratorium i nie forsować się, bo każdy wysiłek może zafałszować wyniki.
Po co to badanie? A po to, by określić, czy przyszła mama nie choruje na cukrzycę ciążową, która jest bardzo niebezpieczna nie tylko dla mamy, ale i dla rozwijającego się dziecka. Co ciekawe, cukrzyca ciążowa dotyka kobiet, które przed zajściem w ciążę nie miały nigdy problemów z cukrem. Ponadto z cukrzycy ciążowej może w przyszłości rozwinąć się cukrzyca typu 2 (u ok. 30-50%).

Ciężarna powinna teraz dużo odpoczywać. Podpowiedzcie mi tylko, czy macie na to jakiś sprawdzony sposób?
Jak spać, gdy przeszkadza brzucho i ciężko chwilami złapać oddech a znalezienie idealnej pozycji wręcz graniczy z cudem?
Jak wysypiać się, gdy oprócz pobudek fundowanych przez pierwsze dziecko, budzi mnie także pełen pęcherz?
Jak znaleźć chwilę na drzemkę w ciągu dnia, gdy akurat, kiedy opadną mi powieki, z drzemki wybudza się córka?
Jeśli macie jakieś przepisy, (ale uwaga! sprawdzone!) To ja bardzo chętnie je przyjmę ;)
Choć przyznam, że ta ciąża mija mi dużo lepiej, niż pierwsza. Zostało jeszcze trochę ponad 100 dni do porodu, ale jakoś nie potrafię jeszcze myśleć o TYM DNIU. Wydaje mi się to jeszcze tak odległe, jakby miało mnie nie dotyczyć... chociaż w sumie to chyba dobrze, bo nie stresuję się na zapas :)

Kto razem z nami łączy się w Ciążowej Solidarności? Jak mija Wam ten czas? Albo, jak wspominacie te dziewięć miesięcy?

czerwca 22, 2018

Paniczny lęk dziecka przed wodą

Paniczny lęk dziecka przed wodą
Lęki są u dziecka nieodłącznym elementem. Dzieci boją się różnych rzeczy - czasem są one dla nas niezrozumiałe i biorą się z najmniej spodziewanego, często nieznanego dla nas powodu.
Niektóre lęki nie przeszkadzają w codziennym funkcjonowaniu (np. lęk przed psami, a Wy i tak nie macie psa, lub przed odgłosem wiertarki, ale przecież nie używacie jej na co dzień). Co jednak, gdy lęk zaburza codzienny rytm dnia i na dłuższą metę nie można uciekać przed konfrontacją z nim? O tym w dalszej części posta.


Alcia od zawsze uwielbiała kąpiele. No dobra, może nie od samego początku, bo pierwsze kąpiele naszej córeczki były... stresujące, ale gdy tylko się do nich przyzwyczaiła, to kąpanie jej było czystą (dosłownie!) przyjemnością. Zanim zaczęła siedzieć, to uwielbiała, gdy cieniutkim strumyczkiem polewaliśmy jej brzuszek i stópki, później próbowała go łapać. Potem zaczęła siadać i chlapać łapkami we wodzie. To dopiero była zabawa - móc zachlapać wszystko dookoła.
Wtedy przeprowadziliśmy się i postanowiliśmy przenieść kąpiele z profilowanej wanienki do głębokiego brodzika - nareszcie można było zmieścić tam parę zabawek, nakręcaną kaczuszkę i pianę. Początkowo, Alcia przyzwyczajona do swojej starej, dobrej wanienki zareagowała strachem, jednak on szybko minął i oswoiła się z nowym miejscem.
Wtedy znów się przeprowadziliśmy i ukochany brodzik zmieniliśmy na... "dorosłą" wannę. Mała tym razem nie zareagowała paniką, wręcz przeciwnie - miała jeszcze więcej miejsca na swoje zabawy, jednak stopniowo zaczynała się zniechęcać. Myślę, że złożyło się na to kilka czynników...

Po pierwsze właśnie, zmiana miejsca. Możliwe, że w dużej, śliskiej wannie czuła się niepewnie i dlatego lęk coraz bardziej narastał.
Po drugie, prysznic. Raz, gdy podczas śniadania Alcia cała wysmarowała mi się kaszką, uznałam, że nie ma innego wyjścia, jak po prostu szybko ją wykąpać. Żeby nie tracić czasu, wrzuciłam ją do wanny, odpaliłam prysznic i szybko ją opłukałam, na co ona zareagowała krzykiem i płaczem, ale musiałam ją wtedy umyć, bo gdyby się do mnie przykleiła, to już chyba na amen...
No i po trzecie, upadek. Nauczyła się chodzić i wstawać. Chwila w wannie i już próbowała z niej uciekać. Pewnego dnia zdarzył się mały wypadek i podczas próby ucieczki mała wywróciła się. To chyba przeważyło szalę goryczy. Kąpiele z dnia na dzień trwały coraz krócej, aż w końcu ograniczyliśmy je do minimum - kilka niezbędnych ruchów musiało wystarczyć. Wszystko staraliśmy się robić jak najszybciej, bo mała nie przestawała płakać ani na chwilę. Dopiero po zawinięciu jej w ręczniczek i podaniu butli z mleczkiem był spokój.

Zastanawiałam się wtedy, jak jej pomóc, a że akurat trafiło się kilka naprawdę upalnych dni, postanowiliśmy jej kupić misko-basen i strój kąpielowy.  No i oczywiście, czym prędzej wsadziłam ją w kąpielówki, misko-basen wylądował na balkonie, a w nim ulubione zabawki kąpielowe. Wzięłam Alcię na ręce i powolutku wsadziłam ją do wody. Byłam niemalże pewna, że miejsce, które nie kojarzy jej się z kąpielą pomoże przełamać strach, ale to nie był strach przed łazienką. To był strach przed wodą. Gdy tylko poczuła ją na swoich małych stópkach zaczęła szukać moich ramion. Trzymała się kurczowo, a ja uparcie próbowałam pokazać jej, że woda to nic złego... Powolutku posadziłam ją i zaczęłam odwracać jej uwagę delfinkami i innymi gumowymi stworzonkami morskimi, ale na daremno. Zaczęła krzyczeć i wstawać, żeby jak najszybciej stamtąd uciec. Później ta miska stała tam jeszcze kilka dni, Ala podchodziła do niej, maczała rączki, ale za żadne skarby nie dała się tam wsadzić...

Było mi strasznie przykro, tym bardziej,że co chwilę widziałam na Instagramie szczęśliwe dzieciaczki pluskające się w basenach w najlepsze i nie rozumiałam, dlaczego moja córeczka tak bardzo boi się wody. Najgorsze było to, że nie wiedziałam, jak jej pomóc... Próbowaliśmy wszystkiego, zabawek, nawet bajek w łazience i... nic. Doszło do tego, że każde wejście z nią do łazienki kończyło się płaczem i histerią. Próbowaliśmy nawet tzw. kąpieli na sucho - sadzaliśmy ją w pustej wannie na ręczniku, a wodę do kąpieli przygotowywaliśmy w zlewie i jedynie obmywaliśmy ją mokrą myjką. Rezultat? Żaden... Odpuściłam. Postanowiłam dać jej kilka dni spokoju, by zapomniała. Przez tydzień jej nie kąpaliśmy, jedynie przemywaliśmy ją mokrymi ręczniczkami na przewijaku, z dala od łazienki.
Po tygodniu uznałam, że już dłużej nie mogę czekać. Kupiliśmy matę antypoślizgową, licząc, że może chociaż to pomoże. Rozebrałam ją i wsadziłam do pustej wanny, ale gdy znów zaczęła panikować, bez zastanowienia zrzuciłam spodnie i weszłam tam razem z nią. Klęknęłam, posadziłam ją sobie na kolanach i powoli odkręciłam wodę. Najpierw małym strumyczkiem, by nie wystraszyć jej szumem wody. Potem stopniowo zwiększałam strumień. Na początku bardzo się bała, jednak z każdą chwilą czuła się pewniej. Cały czas siedziała mi na kolanach, ale w pewnym momencie delikatnie ją zsunęłam, tak, że pupą wylądowała we wodzie. Nawet nie zauważyła. Szybko wrzuciłam jej plastikowe kubeczki i razem przelewałyśmy wodę, wciąż zachowując kontakt fizyczny. Parę razy jeszcze wystraszyła się i siadała mi z powrotem na kolana, jednak po chwili snów zsuwałam ją do wody. Na koniec udało mi się nawet polać wodą jej plecki i delikatnie zwilżyć włoski.
Następnego dnia zastosowałam identyczną technikę. Najpierw razem wchodziłyśmy do wanny, potem puszczałyśmy wodę i siadałyśmy. Widziałam, jak coraz bardziej przekonuje się do kąpieli. Czułam się taka dumna!
To samo trzeciego dnia, jednak wtedy w trakcie kąpieli ukradkiem wyszłam z wanny, zostawiając ją w niej samą. Czwartego, wyszłam po kilku sekundach. Potem już kąpała się sama.

Jak wygląda nasza kąpiel dzisiaj? Tak samo radośnie, jak kiedyś - zero płaczu, zero pośpiechu, jest za to uśmiech i masa dobrej zabawy. Przyznam szczerze, że dopiero wtedy zrozumiałam, że tak naprawdę tylko my możemy pomóc naszemu dziecku przełamać strach. Nie tłumacząc, prosząc i stosując "supermetody z internetu". Trzeba po prostu wziąć dziecko za rękę i razem z nim wyjść na przeciw jego lękom.

Życie na hardkorze, czyli jak to jest być mamą dwójki.

Być mamą dwójki dzieci nie jest łatwo, szczególnie na początku. Jeśli jeszcze dodamy do tego, że różnica między nimi wynosi półtora roku...

Copyright © 2016 Trzy razy A. , Blogger