lipca 14, 2018

Pielęgnacja włosów

Pielęgnacja włosów

Kiedyś nie przywiązywałam aż takiej wagi do kwestii pielęgnacji włosów, raczej wręcz przeciwnie, zapewniałam im prawdziwy trening wytrzymałości - mycie co drugi dzień, suszenie, prostownica prawie przyrosła mi do ręki, bo wciąż je prostowałam, a w dodatku lubiłam eksperymentować z kolorem, więc obowiązkowo farbowanie minimum raz w miesiącu. Po tych wszystkich "zabiegach" moje włosy wołały o pomstę do nieba. Końcówki były porozdwajane, włosy przesuszone, przez co puszyły się i łamały.
Wtedy o pielęgnacji nie wiedziałam zbyt wiele, myślałam, że nakładanie odżywki wystarczy, by poprawić ich stan, ale dalej traktowałam je gorącym powietrzem z suszarki i prostowałam, klnąc na producentów, że ich produkty nie spełniają swojej roli i wcale nie poprawiają kondycji moich włosów.

Dziś w tej kwestii jestem o wiele bardziej obeznana i lepiej rozumiem już, co robić, by naprawdę im pomóc, a nie zaszkodzić.

Pierwszą rzeczą, jaka była konieczna w ich regeneracji to obcięcie zniszczonych końcówek. Niestety regularne obcinanie końcówek, wbrew powszechnemu stwierdzeniu, nie przyspiesza ich wzrostu. Czynność ta pomaga jedynie zapobiegać dalszym uszkodzeniom włosa. Rozdwojone końcówki łamią się i kruszą, przez co włosy tracą na długości. Najrozsądniej jest je obciąć, a nastepnie zapobiegać ponownemu przesuszeniu i rozdwajaniu.

Drugim krokiem była rezygnacja z prostownicy, lokówki i suszarki. Niestety te urządzenia, choć pomagają nam okiełznać nieposłuszną często fryzurę, naszym włosom jedynie szkodzą. Traktowanie ich wysoką temperaturą jest dla nich niczym tortury... tak więc, jeśli marzysz o mocnych, zdrowych włosach, możesz zapomnieć o codziennym prostowaniu i suszeniu ich. Jeśli już koniecznie musisz użyć prostownicy to pamiętaj, żeby przedtem spryskać je sprayem chroniącym przed wysoką temperaturą.

Oprócz tego, zapamietaj "częste mycie skraca życie... włosów" :) Zatem, im rzadziej, tym lepiej. Najlepiej higienę włosów ogranicz do mycia ich średnio co 3-4 dni. Robienie tego codziennie może zapobiega przetłuszczaniu, ale niestety, wspomaga przesuszanie końcówek.

Farbowanie też nie najlepiej wpływa na włosy, choć nie mówię, że musisz z niego całkowicie zrezygnować. Farbuj włosy na jaki kolor chcesz, ale staraj się robić to tak często, jak to konieczne. Najlepiej by okres między koloryzacjami wynosił nie mniej niż 6 tygodni.

Włosy ścięłam po pierwszej komunii. Wówczas sięgały pasa a mnie męczyło mycie ich i czesanie, i marzyłam, by były krótsze. Mama nie pozwalała ich obciąć, ostrzegając, że będę żałować, ale jej nie posłuchałam... w końcu zgodziła się, ze zetniemy je po przyjęciu. Na początku czułam się super - mycie, suszenie, czesanie nareszcie zajmowało dosłownie chwilę. Eksperymentowałam z fryzurą ale w pewnym momencie zatęskniłam za pięknym, długim warkoczem... chciałam  zapuścić włosy ale miałam wrażenie, ze wcale nie rosną. Przez te wszystkie lata, nie były jeszcze tak długie, jak teraz. Odkąd o nie dbam, końcówki nie są zniszczone i nie łamią się, a włosy w 8 miesięcy podwoiły swoją długość.

Nie używam żadnych spektakularnych kosmetyków, a raczej to co ogólnie dostępne jest w każdej drogerii. Oto produkty, których używam na co dzień ;)


Najczęściej używam szamponu L'Oreal - Magiczna Moc Glinki, ponieważ nie zawiera silikonów, dzięki czemu nie szkodzi włosom i delikatnie je myje. Są po nim lekkie i nawilżone.


Duetem, po który również uwielbiam sięgać jest szampon i ekspresowa odżywka do włosów w sprayu GLISS KUR - Fiber Therapy od Skwarzkopf. Muszę przyznać, że szampon dobrze odżywia włosy, jednak przy częstym używaniu zdaje się wpływać na szybsze przetłuszczanie i lekko je obciąża. Odżywka natomiast... ideał <3 Stosuję ją na mokre włosy, zaraz po umyciu. Sprawia, że są wygładzone, nie puszą się i wyglądają na odżywione. Oprócz świetnego działania kocham ją również za zapach! Jest cudowny, luksusowy, włosy pachną niczym po wizycie u fryzjera. Kiedy spryskam nią włosy, mąż za każdym razem chodzi za mną, pytając jakich perfum użyłam ;)


Jakiś czas temu będąc w Rossmanie zdecydowałam się wypróbować produkty zachwalane i reklamowane przez Maffashion. Pierwsze co mogę powiedzieć o szamponie AUSSIE Miracle Moist to uroczy, słodki zapach... gumy balonowej :)
Drugą zaletą jest to, że dobrze się pieni i pozostawia włosy nawilżone, lekkie i miękkie. Odżywka pomaga dodatkowo je poskromić.


Spray do prostowania włosów Advance Techniques do AVON używam tylko wtedy, gdy chcę podtrzymać na dłużej efekt po użyciu prostownicy. Natura obdarzyła mnie włosami trudnymi do stylizowania, a po wyprostowaniu ich często wracały do swojego pierwotnego wyglądu delikatnych loków i fal. Dzięki tej mgiełce włosy na dłużej pozostają proste, mimo wszystko używam jej bardzo rzadko, bo mocno obciąża i przetłuszcza.
Olejek nawilżający również spełnia swoją rolę i daje natychmiastowy efekt.


Gdy chcę naprawdę odżywić i nawilżyć moje włosy używam maski do włosów NOVEX Argan Oil. To moje odkrycie roku, jeśli chodzi o pielęgnację włosów. Trafiła do mnie w pudełku ShinyBox, które kiedyś zamówiłam. Początkowo stanęła na półce czekając na swoją szansę, jednak, gdy pierwszy raz jej użyłam... to poczułam do niej miętę! ;) 
Maskę NOVEX pokochała również moja mama, która po rozjaśnianiu miała bardzo przesuszone i zniszczone włosy. Kiedy któregoś razu jej użyła, była zaskoczona jej efektem i właśnie zamówiła ją dla siebie. Cena nie jest wysoka - ok. 25zł za 400g, więc naprawdę warto ją wypróbować!

Przywiązujecie wagę do pielęgnacji włosów, czy zupełnie nie zaprzątacie sobie tym głowy? Może macie jakieś produkty godne polecenia? Chętnie wypróbuję kolejne nowości! :)

lipca 03, 2018

Z Dziennika Ciężarnej - podsumowanie piątego miesiąca ciąży

Z Dziennika Ciężarnej - podsumowanie piątego miesiąca ciąży
Czas leci jak szalony! Dopiero sobie uświadomiłam, że piąty miesiąc minął dobrych kilka dni temu a rozpoczał się już  szósty. SZÓSTY!

Brzucho jest już okrąglutki i powoli zaczyna być odczuwalny. Waga mozolnie ruszyła do przodu, czyli chyba jednak nie jest zepsuta :) Wierzcie, serio zastanawiałam się, czy ona jeszcze działa, bo cały czas pokazywała tą samą ilość kilogramów. Kurczę, wszystko jednak wskazuje na to, że niestety mówi prawdę...

Pocieszające jest to, że w zwiększaniu masy ciała nie jestem jedyna! Kroku dotrzymuje mi mieszkaniec mojego brzucha - waży już 800g! Patrząc na to, w jakim tempie rośnie - idzie mu lepiej niż mnie:)


No dobra, nie jemu a JEJ! W piątym miesiącu udało nam się ustalić tożsamość tego malutkiego ludka - bedzie druga córa! Oj biedny ten mój mąż, w tej kobiecej krainie różem i słodyczą płynącej! Ale, ale! Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło! Jedno jest pewne - uodporni się chłopak na wszelkie różowości!

Dzidziuś rośnie jak na drożdżach i, oprócz dość już sporej wagi, ma już ponad 30cm i dużo siły na brzuszkowe szaleństwa. Dużo się wierci i daje o sobie znać. Coraz częściej ma też zachcianki (no bo przecież to zachcianki dziecka, nie moje) :D
Po prostu kiedy moje dziecko zamawia np. pączka to po prostu musi go dostać, a że jedyna droga dostawy biegnie przez moje usta? No cóż...
A co jeśli nie spełnię jej zachcianek? Córka już teraz jest uparta i funduje mi... karę!

"Co?! Nie ma pączusia?! Ach tak?! To masz zgagę, niestrawności, nudności! Nie ma pączka, to proszę bardzo!"

Jak widać młoda nie da sobie w kaszę dmuchać, więc... nie mam wyjścia i muszę realizować brzuszkowe zamówienia ;)

Powoli zaczynamy szykować się na przyjście maluszka. Zaczynam przygotować listę wyprawkową i, choć dużo rzeczy mam po Alci, coś czuję, że nadal bedzie tego sporo.
O naszych wyprawkowych must have opowiem w osobnym wpisie, bo teraz zagadałabym Was na śmierć!


W piątym miesiącu lekarz prowadzący powinien wystawić skierowanie na badanie tzw. krzywej c.
Badanie to polega na trzykrotnym pobraniu krwi u ciężarnej - raz na czczo, drugi po godzinie od wypicia przez nią glukozy i trzeci po dwóch godzinach.
Przez te dwie godziny ciężarna musi siedzieć w laboratorium i nie forsować się, bo każdy wysiłek może zafałszować wyniki.
Po co to badanie? A po to, by określić, czy przyszła mama nie choruje na cukrzycę ciążową, która jest bardzo niebezpieczna nie tylko dla mamy, ale i dla rozwijającego się dziecka. Co ciekawe, cukrzyca ciążowa dotyka kobiet, które przed zajściem w ciążę nie miały nigdy problemów z cukrem. Ponadto z cukrzycy ciążowej może w przyszłości rozwinąć się cukrzyca typu 2 (u ok. 30-50%).

Ciężarna powinna teraz dużo odpoczywać. Podpowiedzcie mi tylko, czy macie na to jakiś sprawdzony sposób?
Jak spać, gdy przeszkadza brzucho i ciężko chwilami złapać oddech a znalezienie idealnej pozycji wręcz graniczy z cudem?
Jak wysypiać się, gdy oprócz pobudek fundowanych przez pierwsze dziecko, budzi mnie także pełen pęcherz?
Jak znaleźć chwilę na drzemkę w ciągu dnia, gdy akurat, kiedy opadną mi powieki, z drzemki wybudza się córka?
Jeśli macie jakieś przepisy, (ale uwaga! sprawdzone!) To ja bardzo chętnie je przyjmę ;)
Choć przyznam, że ta ciąża mija mi dużo lepiej, niż pierwsza. Zostało jeszcze trochę ponad 100 dni do porodu, ale jakoś nie potrafię jeszcze myśleć o TYM DNIU. Wydaje mi się to jeszcze tak odległe, jakby miało mnie nie dotyczyć... chociaż w sumie to chyba dobrze, bo nie stresuję się na zapas :)

Kto razem z nami łączy się w Ciążowej Solidarności? Jak mija Wam ten czas? Albo, jak wspominacie te dziewięć miesięcy?

czerwca 22, 2018

Paniczny lęk dziecka przed wodą

Paniczny lęk dziecka przed wodą
Lęki są u dziecka nieodłącznym elementem. Dzieci boją się różnych rzeczy - czasem są one dla nas niezrozumiałe i biorą się z najmniej spodziewanego, często nieznanego dla nas powodu.
Niektóre lęki nie przeszkadzają w codziennym funkcjonowaniu (np. lęk przed psami, a Wy i tak nie macie psa, lub przed odgłosem wiertarki, ale przecież nie używacie jej na co dzień). Co jednak, gdy lęk zaburza codzienny rytm dnia i na dłuższą metę nie można uciekać przed konfrontacją z nim? O tym w dalszej części posta.


Alcia od zawsze uwielbiała kąpiele. No dobra, może nie od samego początku, bo pierwsze kąpiele naszej córeczki były... stresujące, ale gdy tylko się do nich przyzwyczaiła, to kąpanie jej było czystą (dosłownie!) przyjemnością. Zanim zaczęła siedzieć, to uwielbiała, gdy cieniutkim strumyczkiem polewaliśmy jej brzuszek i stópki, później próbowała go łapać. Potem zaczęła siadać i chlapać łapkami we wodzie. To dopiero była zabawa - móc zachlapać wszystko dookoła.
Wtedy przeprowadziliśmy się i postanowiliśmy przenieść kąpiele z profilowanej wanienki do głębokiego brodzika - nareszcie można było zmieścić tam parę zabawek, nakręcaną kaczuszkę i pianę. Początkowo, Alcia przyzwyczajona do swojej starej, dobrej wanienki zareagowała strachem, jednak on szybko minął i oswoiła się z nowym miejscem.
Wtedy znów się przeprowadziliśmy i ukochany brodzik zmieniliśmy na... "dorosłą" wannę. Mała tym razem nie zareagowała paniką, wręcz przeciwnie - miała jeszcze więcej miejsca na swoje zabawy, jednak stopniowo zaczynała się zniechęcać. Myślę, że złożyło się na to kilka czynników...

Po pierwsze właśnie, zmiana miejsca. Możliwe, że w dużej, śliskiej wannie czuła się niepewnie i dlatego lęk coraz bardziej narastał.
Po drugie, prysznic. Raz, gdy podczas śniadania Alcia cała wysmarowała mi się kaszką, uznałam, że nie ma innego wyjścia, jak po prostu szybko ją wykąpać. Żeby nie tracić czasu, wrzuciłam ją do wanny, odpaliłam prysznic i szybko ją opłukałam, na co ona zareagowała krzykiem i płaczem, ale musiałam ją wtedy umyć, bo gdyby się do mnie przykleiła, to już chyba na amen...
No i po trzecie, upadek. Nauczyła się chodzić i wstawać. Chwila w wannie i już próbowała z niej uciekać. Pewnego dnia zdarzył się mały wypadek i podczas próby ucieczki mała wywróciła się. To chyba przeważyło szalę goryczy. Kąpiele z dnia na dzień trwały coraz krócej, aż w końcu ograniczyliśmy je do minimum - kilka niezbędnych ruchów musiało wystarczyć. Wszystko staraliśmy się robić jak najszybciej, bo mała nie przestawała płakać ani na chwilę. Dopiero po zawinięciu jej w ręczniczek i podaniu butli z mleczkiem był spokój.

Zastanawiałam się wtedy, jak jej pomóc, a że akurat trafiło się kilka naprawdę upalnych dni, postanowiliśmy jej kupić misko-basen i strój kąpielowy.  No i oczywiście, czym prędzej wsadziłam ją w kąpielówki, misko-basen wylądował na balkonie, a w nim ulubione zabawki kąpielowe. Wzięłam Alcię na ręce i powolutku wsadziłam ją do wody. Byłam niemalże pewna, że miejsce, które nie kojarzy jej się z kąpielą pomoże przełamać strach, ale to nie był strach przed łazienką. To był strach przed wodą. Gdy tylko poczuła ją na swoich małych stópkach zaczęła szukać moich ramion. Trzymała się kurczowo, a ja uparcie próbowałam pokazać jej, że woda to nic złego... Powolutku posadziłam ją i zaczęłam odwracać jej uwagę delfinkami i innymi gumowymi stworzonkami morskimi, ale na daremno. Zaczęła krzyczeć i wstawać, żeby jak najszybciej stamtąd uciec. Później ta miska stała tam jeszcze kilka dni, Ala podchodziła do niej, maczała rączki, ale za żadne skarby nie dała się tam wsadzić...

Było mi strasznie przykro, tym bardziej,że co chwilę widziałam na Instagramie szczęśliwe dzieciaczki pluskające się w basenach w najlepsze i nie rozumiałam, dlaczego moja córeczka tak bardzo boi się wody. Najgorsze było to, że nie wiedziałam, jak jej pomóc... Próbowaliśmy wszystkiego, zabawek, nawet bajek w łazience i... nic. Doszło do tego, że każde wejście z nią do łazienki kończyło się płaczem i histerią. Próbowaliśmy nawet tzw. kąpieli na sucho - sadzaliśmy ją w pustej wannie na ręczniku, a wodę do kąpieli przygotowywaliśmy w zlewie i jedynie obmywaliśmy ją mokrą myjką. Rezultat? Żaden... Odpuściłam. Postanowiłam dać jej kilka dni spokoju, by zapomniała. Przez tydzień jej nie kąpaliśmy, jedynie przemywaliśmy ją mokrymi ręczniczkami na przewijaku, z dala od łazienki.
Po tygodniu uznałam, że już dłużej nie mogę czekać. Kupiliśmy matę antypoślizgową, licząc, że może chociaż to pomoże. Rozebrałam ją i wsadziłam do pustej wanny, ale gdy znów zaczęła panikować, bez zastanowienia zrzuciłam spodnie i weszłam tam razem z nią. Klęknęłam, posadziłam ją sobie na kolanach i powoli odkręciłam wodę. Najpierw małym strumyczkiem, by nie wystraszyć jej szumem wody. Potem stopniowo zwiększałam strumień. Na początku bardzo się bała, jednak z każdą chwilą czuła się pewniej. Cały czas siedziała mi na kolanach, ale w pewnym momencie delikatnie ją zsunęłam, tak, że pupą wylądowała we wodzie. Nawet nie zauważyła. Szybko wrzuciłam jej plastikowe kubeczki i razem przelewałyśmy wodę, wciąż zachowując kontakt fizyczny. Parę razy jeszcze wystraszyła się i siadała mi z powrotem na kolana, jednak po chwili snów zsuwałam ją do wody. Na koniec udało mi się nawet polać wodą jej plecki i delikatnie zwilżyć włoski.
Następnego dnia zastosowałam identyczną technikę. Najpierw razem wchodziłyśmy do wanny, potem puszczałyśmy wodę i siadałyśmy. Widziałam, jak coraz bardziej przekonuje się do kąpieli. Czułam się taka dumna!
To samo trzeciego dnia, jednak wtedy w trakcie kąpieli ukradkiem wyszłam z wanny, zostawiając ją w niej samą. Czwartego, wyszłam po kilku sekundach. Potem już kąpała się sama.

Jak wygląda nasza kąpiel dzisiaj? Tak samo radośnie, jak kiedyś - zero płaczu, zero pośpiechu, jest za to uśmiech i masa dobrej zabawy. Przyznam szczerze, że dopiero wtedy zrozumiałam, że tak naprawdę tylko my możemy pomóc naszemu dziecku przełamać strach. Nie tłumacząc, prosząc i stosując "supermetody z internetu". Trzeba po prostu wziąć dziecko za rękę i razem z nim wyjść na przeciw jego lękom.

czerwca 04, 2018

Dbamy o zdrowy uśmiech już od pierwszego ząbka!

Dbamy o zdrowy uśmiech już od pierwszego ząbka!


Długo czekaliśmy na pierwszy ząbek córeczki. Nasze zniecierpliwienie sięgało zenitu,a w dodatku niektórzy znajomi, bliscy mówili nam, że jeśli ząbek nie wyjdzie przed roczkiem, to powinniśmy wybrać się z Alką do dentysty, inni sugerowali, że "może coś z nią nie tak, skoro ma 11 miesięcy a po zębach ani śladu?". Puszczaliśmy te uwagi mimo uszu, bo wiedzieliśmy, że wszystko ma swój czas i na pewno te upierdliwe zęby wkrótce się pojawią.

Czekanie wydawało nam się tym dłuższe, bo już, gdy mała skończyła 4 miesiące, zaczęła się ślinić i wpychać wszystko do buzi. Myśleliśmy "oho, idą zęby", jak ich nie było, tak nie było. Dziąsła też wydawały nam się od dawna jakieś zaczerwienione. Podczas wizyty u pediatry, gdy Ala przechodziła zapalenie ucha, lekarka zajrzała jej w buzię i powiedziała: "głowy sobie urwać nie dam, ale tutaj niedługo wyjdą ząbki". Święcie przekonani o jej racji codziennie zaglądaliśmy w ten mały pyszczek w poszukiwaniu zęba. Zakładaliśmy się z mężem, który wyjdzie jako pierwszy i kto pierwszy go znajdzie.

No i czekaliśmy dłuuugo. Podczas jednego ze szczepień zapytałam lekarkę, czy jest się czym martwić. Jej słowa mnie uspokoiły. Powiedziała:

"Spokojnie, jeszcze ma czas. A Pani pozostaje się tylko cieszyć, bo im dziecko większe, tym łatwiej będzie te ząbki czyścić. Wyobraża sobie Pani myć ząbki dziecku, które nawet nie siedzi? A tak, jak już będzie większa to będzie miała Pani ułatwione zadanie".

Od tamtego czasu przestaliśmy się martwić. Jakoś w 11 miesiącu zauważyłam dwie małe kreseczki na dolnych dziąsełkach, ale nie zaprzątałam sobie nimi głowy. Córka wtedy trochę marudziła, ale gryzaki i maść na ząbkowanie robiły dobrą robotę i jakoś dało się wytrzymać :)
Chwilę przed roczkiem zajrzałam jej do buźki i przejechałam palcem po dolnych dziąsłach. Poczułam coś twardego i szybko skoczyłam po łyżeczkę. Podając jej kaszkę delikatnie zastukałam w owe miejsce, a łyżeczka zadzwoniła. W ten sposób znalazłam pierwszy ząbek (i przy okazji wygrałam zakład z mężem, który uparcie obstawiał, że jako pierwsza wyjdzie górna jedynka).

Wtedy zaczęłam zastanawiać się, czy to już czas na zakup szczoteczki i pasty do ząbków. Poszukałam w internecie kilku informacji, którymi warto kierować się przy wyborze pasty dla maluszka. W ten sposób trafiłam na ZIAJKA, Żel dla dzieci do zębów od 1. ząbka.

Żel ma słodki, żurawinowy smak, dzięki czemu maluszek chętnie myje nim ząbki. Zawiera naturalne substancje aktywne, jak np:
  • ekstrakt z lukrecji (działa kojąco i łagodząco)
  •  ekstrakt z tymianku (ma właściwości przeciwbakteryjne i przeciwzapalne)
  •  krzemionki koloidalne (to substancje ścierające o własnościach myjąco-czyszczących)
  • prowitamina B5 czyli D-panthenol (przyspiesza gojenie, nawilża)
Skład tego żelu jest bardzo bezpieczny dla malucha, a co najważniejsze, nie zawiera on fluoru, którego nie powinno się połykać, a jak wiadomo, malec nie potrafi jeszcze wypluwać pasty. 

Do zestawu musiałam wybrać także szczoteczkę. Nie szukając długo, w drogerii Rossmann znalazłam nasz mały ideał - Szczoteczkę JORDAN StepByStep SOFT 0-2 lat.
  • miękkie włosie jest delikatne dla dziecięcych ząbków i nie podrażnia dziąsełek
  • wskaźnik pasty ułatwia w zaaplikowaniu odpowiedniej ilości pasty
  • unikalna rączka jest wygodna do trzymania przez małe rączki, a krótka szyjka i szeroki uchwyt zapobiega zbyt głębokiemu włożeniu do buzi
  • rączka zakończona jest gumowym gryzakiem, który idealnie nadaje się do masowania dziąseł
Z tym kompletem nasza córeczka pokochała mycie ząbków! Za każdym razem wyrywa nam szczoteczkę z rąk i pokazuje nam, że jest już tak duża, że sama może myć ząbki, no i przyznam szczerze, że całkiem nieźle jej to wychodzi! Jestem z niej dumna, a zarazem szczęśliwa, że dbanie o jej uśmiech nie jest dla nas wyzwaniem :) 


 

maja 26, 2018

Z Dziennika Ciężarnej - Podsumowanie czwartego miesiąca ciąży.

Z Dziennika Ciężarnej - Podsumowanie czwartego miesiąca ciąży.
Ufff... Jakoś udało nam się dotrzeć do piątego miesiąca ciąży... Obecnie 20 tydzień! Czyli, jednym słowem - jestem na półmetku. Jeszcze drugie tyle i... po wszystkim!

Czwarty miesiąc minął chyba najprzyjemniej. Mój brzuch wciąż nie przeszkadza w codziennych czynnościach (na przykład, nie strąca jeszcze szklanek ze stołu, nie szturcha ludzi w kolejce przede mną, nie utrudnia spania, no i wciąż jeszcze mogę się schylać). Z drugiej strony, trochę czekam, kiedy w końcu będę mogła wykorzystywać go jako mobilny stolik. Wierzcie mi, czasem się przydaje, choćby wtedy, gdy oglądając film, można bez problemu postawić na nim... miskę z popcornem! Wygodnie + praktycznie! Kto by się spodziewał, że ciążowy brzuch może się do czegoś przydać? :D

Czwarty miesiąc, to najwyższy czas na zakup kilku ciążowych ubrań. Świetnie sprawdzą się dżinsy ze specjalnym, elastycznym stanem, ciążowe legginsy i luźne bluzeczki. Warto także zaopatrzyć się w sukienki, które pomieszczą rosnący brzuszek.

Ładne i niedrogie ciążowe ubrania znajdziecie między innymi w:
  • BONPRIX
  • H&M
  • LIMONE - tutaj jeszcze nic nie zamawiałam, więc nie mam pojęcia jak wypadają jakościowo, ale trzeba przyznać, że ceny są nieporównywalnie niskie.
  • ZALANDO
  • C&A
  • HAPPYMUM - ceny już nieco wyższe, chociaż trzeba przyznać, że oferta jest bardzo bogata, a ubrania zachwycają różnorodnością wzorów, stylów i kolorów
Oprócz tego, dobrze jest kupić kilka zwykłych, luźniejszych T-shirtów, które posłużą także po porodzie - nie warto przesadzać i wydawać fortuny na ubrania, które służyć nam będą zaledwie kilka miesięcy.

Warto także umówić się na drugie badania prenatalne (tzw. badanie połówkowe), dzięki któremu lekarz jest w stanie stwierdzić, czy maluszek prawidłowo się rozwija.
Koniec czwartego miesiąca, to także czas, kiedy prawdopodobnie ginekolog będzie w stanie określić płeć dziecka.

My już wiemy! Ale ciii... Póki co, nic nie zdradzimy - wiedzą tylko najbliżsi, reszcie pochwalimy się, gdy tylko upewnimy się na 100%!
Jak myślicie, będzie chłopiec, czy dziewczynka? :D


Kolejnym pozytywnym aspektem na tym etapie ciąży jest... fakt, że powoli możecie odczuwać już ruchy maleństwa! Pierwsze ruchy, to chyba najbardziej wyczekiwany przez przyszłe mamy moment ciąży (oprócz porodu). Z początku są ledwo odczuwalne, mogłabym porównać je do motyli w brzuchu, szybko jednak zmieniają się w delikatne kopnięcia. Szkrab ma wciąż sporo miejsca na swoje akrobacje i chętnie to wykorzystuje. Malec waży ok. 200g i ma ok.15cm. Rośnie jak na drożdżach! W 18 tygodniu przybiera rozmiary dorodnej pomarańczy!

Pamiętajcie o odpowiedniej suplementacji - zapotrzebowanie na niektóre składniki odżywcze wzrasta o 50, a nawet o 100%, dlatego warto zażywać suplementy, które pozwolą uzupełnić niedobory.

W czwartym miesiącu może także pojawić się zgaga. By się jej pozbyć, warto przyjrzeć się swojej diecie, by wykluczyć niektóre produkty. Przede wszystkim należy wyeliminować potrawy tłuste, pikantne, ciężkostrawne, zupy i sosy w proszku, produkty zawierające proszek do pieczenia, a także słodycze, które utrudniają trawienie.
Pomocne przy tej dolegliwości okazują się także domowe sposoby:
- migdały
- woda z imbirem i łyżeczką miodu
- wypicie szklanki ciepłego, chudego mleka

Jeśli zgaga jest wyjątkowo uciążliwa, warto poradzić się swojego ginekologa, który może przepisać bezpieczne dla ciężarnych środki farmaceutyczne.

Wraz z rosnącym brzuszkiem może się pojawiać również ból pleców - szczególnie na dolnym odcinku kręgosłupa. Pamiętajcie, by unikać zbytniego wysiłku i przebywania zbyt długo w pozycji pochylonej (no, dalej ciężarówki, gonić chłopów do odkurzania i prasowania!) :) Odpoczynek ma zbawienny wpływ na samopoczucie, więc nie przemęczajcie się.

Przyznam szczerze, że (póki co) tę ciążę znoszę dużo lepiej niż poprzednią. Brzuch wydaje mi się mniejszy, waga nie leci do przodu prawie wcale od samego początku. Oprócz początkowych mdłości nie mam żadnych przykrych dolegliwości, więc... nic tylko się cieszyć! I korzystać, póki czas, bo wszystko co dobre kiedyś się kończy.



maja 18, 2018

Tort Myszki Minnie na roczek - przepis

Tort Myszki Minnie na roczek - przepis


9 maja 2018 moja córeczka skończyła roczek! Jaka dumna jest matka, gdy jej dziecko przekroczy ten etap, gdy nadejdzie wreszcie czas na jego pierwsze urodzinki!
Każda z nas planuje wówczas, by ten dzień był dla dziecka niezapomniany (mimo, iż zapewne do następnych urodzin nie będzie już o nim pamiętało). W każdym bądź razie, chcemy jak najlepiej celebrować to wyjątkowe święto.

Ja akurat należę do osób, które rzadko coś robią :D ale jak już coś robię to daję z siebie 100%. I tak było w tym przypadku.
Ten dzień planowałam już dawno, a zwieńczeniem miał być tort, który wybrałam, jeszcze zanim Ala przyszła na świat. I nie był to tort z cukierni, a wykonany własnymi rękoma, z włożonym w niego całym moim sercem.
Tort oczywiście miał być z Myszką Minnie. Do tego miał być skromny, bez piętra bo i impreza nieduża i oczywiście dziewczęcy, z różowymi dodatkami...
Poprzeczkę postawiłam sobie jeszcze wyżej, upierając się, że pokryty ma być masą cukrową. Chciałam, by był delikatny w smaku i nie za słodki, gdyż masa cukrowa sama w sobie potrafi zasłodzić największych łasuchów na słodkości. Postawiłam więc na masę śmietanową i dżem z czarnej porzeczki.

Dopiero później, oglądając setki tortowych tutoriali dowiedziałam się, że masa cukrowa nie może dotykać się z kremem śmietanowym, bo... najzwyczajniej w świecie się rozpuści. Takim oto sposobem wyszukałam ganache czekoladowy, którym postanowiłam posmarować tort, by odizolować śmietanę od lukru plastycznego.

Ozdoby wykonałam na tydzień przed imprezą, ponieważ muszą mieć czas by stwardnieć. Korzystałam z gotowej masy cukrowej przywiezionej z Niemiec, jednak bez problemu kupicie taką masę przez internet.
Z czarnej masy wykonałam uszka. Rozwałkowałam masę na grubość. ok. 4-5mm i dużym kubkiem wykroiłam dwa koła. Od dołu odcięłam fragment "na płasko", by łatwo było umieścić ozdoby na torcie. W tym miejscu wbiłam wykałaczki, umożliwiające wbicie dekoracji w tort. Następnie wykonałam kokardę z różowej masy i ozdobiłam ją kropeczkami z białej masy.
Posiłkowałam się wskazówkami, TUTAJ.


Przepis na biszkopt znalazłam gdzieś w czeluściach internetu (zabijcie mnie, ale nie mam pojęcia gdzie, bo wszystkie przepisy lądują w specjalnym zeszycie). Jest bajecznie prosty, wyrasta na bardzo puszysty i wilgotny w środku. Żeby tort był jeszcze wyższy upiekłam dwa identyczne biszkopty w tortownicy o średnicy 24cm. Najlepiej zrobić to dzień przed składaniem tortu, by na spokojnie ostygnął.

BISZKOPT

5 jaj
3/4 szklanki cukru
1 szklanka mąki tortowej

Białka ubiłam na pianę. Gdy piana była sztywna dodawałam po trochu cukru. Później dorzucałam kolejno żółtka. Na koniec przesiałam mąkę i wymieszałam mikserem przez dosłownie kilka sekund. Ważne, by robić to jak najkrócej, by masa nie upadła. Wystarczy, że mąka się rozmiesza z resztą masy.
Dół tortownicy wyłożyłam papierem do pieczenia. Dzięki temu nie miałam problemów z wyjęciem gotowego biszkoptu. 
Piekłam przez ok.35-40min do tzw. "suchego patyczka" w tem. 180st. 
Po upieczeniu biszkoptu rozłożyłam na podłodze ręcznik i zaraz po wyciągnięciu z piekarnika zrzuciłam go z wysokości kolan płasko na podłogę. Dzięki temu biszkopt nie upadnie.

Całość powtórzyłam przy drugim biszkopcie.


Gdy biszkopt dobrze (!) przestygnie, można go przekroić na blaty. U mnie z jednego biszkoptu wyszły dwa blaty, ponieważ proporcje są na mniejszą blaszkę i wyszedł po prostu niższy. Brzegi dobrze jest nasączyć sokiem z cytryny wymieszanym z ciepłą wodą i cukrem, by nie były suche. Gdy tort jest już tak przygotowany, można się zabrać za przygotowanie kremu śmietanowego i ganache czekoladowego (u mnie o smaku białej czekolady). Proporcje do innych smaków znajdziecie TUTAJ.

GANACHE CZEKOLADOWY

600g białej czekolady
200g śmietanki kremówki (30% lub 36%)

Śmietankę podgrzałam w garnuszku. Gdy była już gorąca, wrzuciłam do niej połamane czekolady i mieszałam, aż czekolada całkowicie się rozpuściła. Ganache musi ostygnąć. Przed nakładaniem w rękaw cukierniczy warto niewielką część włożyć na trochę do lodówki, dzięki czemu nie będzie spływać. 


Następnym krokiem było przygotowanie dżemu. Najlepiej, by był to dżem z kwaśnych owoców, idealnie zrównoważy on słodki smak tortu. Wybrałam więc dżem z czarnej porzeczki. Kupiłam go w biedronce i był idealnie kwaśny (taki ze 100% owoców i bez cukru).  Przełożyłam go w miseczkę i zblendowałam, by nie było w nim kawałków owoców. Ok. 2 łyżki dżemu odłożyłam do kremu.
KREM ŚMIETANOWY

2 duże opakowania śmietany gęstej kwaśnej 18% (używałam śmietany Piątnica)
4 op. śnieżki
1 śmietan-fix

Śmietanę włożyłam do miseczki, wsypałam najpierw jedno opakowanie śnieżki, gdy wymieszałam, dodawałam kolejne. Śmietana musi mieć odpowiednią konsystencję. Ostatnie opakowanie wymieszałam ze śmietan-fixem i dodałam do śmietany. Na sam koniec wrzuciłam odłożone wcześniej 2 łyżki dżemu. 
 Krem włożyłam do lodówki na ok. 30 min.


Nadszedł czas na składanie tortu. Ganache nałożyłam do rękawa cukierniczego i nałożyłam na brzegi blatu biszkopta. Gdy brzegi były już zabezpieczone, nałożyłam cieniutką warstwę dżemu, na to rozsmarowałam krem śmietanowy i całość przykryłam drugim blatem. Dół tortu włożyłam do lodówki, by krem i ganache zesztywniały. 


Całość powtórzyłam jeszcze dwa razy i na górę położyłam blat ze spodu tortownicy, by uzyskać idealnie równą górę.Tak przygotowany tort wylądował w lodówce na ok. godzinę.
Po wyjęciu posmarowałam górę i boki ganache, starając się stworzyć jak najbardziej gładką powierzchnię i ostro zaznaczoną krawędź. Wyglądało to mniej więcej tak, jak TUTAJ, jednak ja nie odwracałam mojego tortu do góry nogami. 
Gdy skończyłam, znów włożyłam go do lodówki, tym razem na kilka godzin.

Po tym czasie rozwałkowałam masę cukrową. Oglądając filmik TUTAJ wydawało mi się to ultra proste, jednak nie dajcie się nabrać. Obkładanie tortu lukrem plastycznym doprowadziło mnie do łez, gdy nieuchronnie zaczął się drzeć i rwać... Niestety rozwałkowałam go zbyt cienko i przez to podczas naciągania powstawały dziury. 

Karciłam się w duchu, że musiałam akurat teraz testować swoje kulinarne zdolności i cierpliwość (mocno już nadwyrężoną), jednak koniec końców udało mi się większość "bubli" zatuszować - z resztek masy w kolorze czarnym wycięłam głowę Myszki Mickey i napis.
Może i tort nie był tak idealny, jak się tego spodziewałam, niestety, ale poziom trudności wykonania takiego tortu znacznie przekracza moje umiejętności, ale mimo wszystko, byłam z siebie dumna.
Całość prezentowała się tak:



kwietnia 19, 2018

Z Dziennika Ciężarnej - Podsumowanie trzeciego miesiąca ciąży.

Z Dziennika Ciężarnej - Podsumowanie trzeciego miesiąca ciąży.

Rany Boskie! Jak to możliwe? No po prostu szok! Dopiero z niecierpliwością wyczekiwałam pierwszej wizyty u ginekologa a tu już zaczyna się czwarty miesiąc! 14 tydzień! Drugi trymestr!

Na szczęście, najgorsze już za mną (a może wciąż przede mną?) Mdłości odeszły w zapomnienie, a ja nareszcie czuje się sobą. Znów mogę normalnie jeść bez obaw, ze będę zdychać po każdym posiłku. Oprócz chęci do życia, wróciły mi tez chęci do innych rzeczy (z czego najbardziej cieszy się mąż :D).

Ogólnie rzecz biorąc - staram się korzystać z życia ile się da, póki nie przemieniłam się w wielką, toczącą się kulę :) Mam nadzieję, że przeobrażenie w słonia nastąpi jak najpóźniej, bo moje plecy i tak wystarczająco nadwyrężają się przy noszeniu 10-cio kilogramowej dupci Alicji...

Brzucha jeszcze nie widać (w każdym bądź razie jest nie większy niż przed ciążą) - a ja się cieszę, bo już lada chwila, a wyrośnie mi z przodu piłka lekarska pokaźnych rozmiarów, skutecznie uniemożliwiająca zawiązanie sznurówek. Jak na razie waga stoi w miejscu i od samego początku nie ulega zmianie.
Huśtawka emocjonalna, która powodują buzujące we mnie hormony, jest dodatkowo wpędzana w ruch przez Alcię, która czasem (wiem, że nieświadomie, ale jednak) doprowadza mnie do szewskiej pasji, niejednokrotnie kończącej się zaciekami po tuszu do rzęs na czerwonej od wściekłości twarzy.

Zaczęło się również zgadywanie płci małego osobnika zamieszkującego moją macicę. Może powinnam zacząć przyjmować zakłady? No, więc ile obstawiacie na dziewczynkę? Ja stawiam va banque ;)

Około 11-13 tygodnia ciąży, wykonywane są badania prenatalne, które pozwalają wykrycie wad rozwojowych u malca. Lekarz sprawdza dokładnie poszczególne organy i części ciała dziecka, dzięki czemu upewnia się, że dziecko prawidłowo się rozwija.

Do tego czasu ciężarna powinna mieć wykonane przynajmniej raz badania krwi i moczu, najlepiej, gdy te badania wykonywane są co około 4-5 tygodni.

No dobra, a co u maluszka z brzuszka? Już Wam opowiadam!
Wiecie, że już w 14. tygodniu na główce dziecka pojawiają się pierwsze włoski, a także rosną brwi i meszek zwany lanugo?
Bąbel jest teraz mniej więcej wielkości pomarańczy, ma ok. 9cm i może ważyć nawet 50g! Ciałko dziecka powoli nabiera właściwych proporcji i głowa coraz mniej dominuje nad reszta ciała. Dziecko umie już otwierać i zamykać usta a także wykonywać ruchy przypominające połykanie i ssanie.
Bobas jest wrażliwy na dotyk - silniejszy ucisk może sprawić, że zacznie się poruszać. Całe szczęście w pęcherzu płodowym ma wciąż sporo miejsca i swobody. Już wkrótce jego fikołki zaczną być odczuwalne!

To zaskakujące, jak dziecko szybko się rozwija! Pomyśleć, że jeszcze chwilę temu było wielkości ziarenka grochu. Niedawno myśl o ciąży dopiero kiełkowała w mojej głowie, a za 6 tygodni będę na półmetku!
Później, gdy wpadnę w wyprawkowe szaleństwo, czas będzie biegł jeszcze szybciej, tym bardziej, że czeka nas aktywny czas - kolejna przeprowadzka, remont i urządzanie mieszkania - pewnie znów będę rozcierać brzuchem farbę na ścianie  przygotowując kącik dla bobaska. A będzie pole do popisu... ;) na pewno, gdy skończymy pojawi się specjalny wpis o przestrzeni dla dzidziusia.
Oczywiście Alcia nie zostanie pominięta, o nie! Już powoli planuję jej królestwo, tatko również się stara - Alucha dostanie od niego ręcznie robioną huśtawkę :) Ale spokojnie, tym wszystkim pochwalę się już niedługo!
Buziaki dla Was :* Bye!

Pielęgnacja włosów

Kiedyś nie przywiązywałam aż takiej wagi do kwestii pielęgnacji włosów, raczej wręcz przeciwnie, zapewniałam im prawdziwy trening wytrzym...

Copyright © 2016 Trzy razy A. , Blogger